Gazeta Monneta

Oczarowani Chopinem

Kucio
Numer XVI

Oczarowani Chopinem

Anna Kucio-Bogdan

Wśród najbardziej powszechnych skojarzeń z muzyką Fryderyka Chopina występuje salonik w stylu mieszczańskim lub ziemiańskim, z pianinem, z którego rozbrzmiewa muzyka a czas płynie wolno. To wersja XIX-wieczna, ta z XXI wieku została wzbogacona o możliwość odsłuchiwania melodii kompozytora na platformach internetowych w dowolnym momencie, a na wybór repertuaru bardziej niż osobiste preferencje wpływa „wiralowość” nagrania i liczba odsłuchań oraz komentarzy.

Nie mniej emocji i skojarzeń wywołuje ta twórczość także w sferze publicznej, szczególnie w kontekście kulturalnych wydarzeń o światowym zasięgu. Zamiast łagodzić obyczaje, wzbudza kontrowersje i potrafi na dobre podzielić krytyków, publiczność, media czy urzędników. Okazuje się bowiem, że według ocen ekspertów zastosowana przez wykonawcę tonacja nie pasuje do danego utworu, w innej z kolei wersji pianista nie dostosował wykonania do brzmienia orkiestry. Grał zbyt poważnie lub wręcz przeciwnie, a dźwięk, który wydobywał się z instrumentu był, przykładowo, za mało okrągły.

Warto jednak na moment oderwać się od podzielonych opinii na temat interpretacji chopinowskich utworów i poznać bliżej tło epoki, w czasie której ta twórczość powstawała. Warto też zadać pytanie, czym współcześnie jest spowodowany fenomen popularności twórczości Chopina.

Istnieje szereg rozbieżności związanych z wydarzeniami z życia kompozytora. Dotyczą one już pierwszych chwil jego życia. Dawniej często mylono datę narodzin kompozytora. Część biografów pianisty podaje, że urodził się on 1 marca, natomiast w akcie urodzenia sporządzonym w parafii w Brochowie na Mazowszu widnieje inna data: „Roku tysiąc osiemsetnego dziesiątego, dnia dwudziestego trzeciego miesiąca kwietnia, o godzinie trzeciej po południu. Przed nami, proboszczem brochowskim sprawującym obowiązki urzędnika stanu cywilnego gminy parafii brochowskiej […] w departamencie warszawskim, stawili się Mikołaj Chopyn, ojciec, lat mający czterdzieści, w wsi Żelazowej Woli zamieszkały, i okazał nam dziecię płci męskiej, które urodziło się w domu jego w dniu dwudziestego drugiego miesiąca lutego o godzinie szóstej wieczorem roku bieżącego”.[1] Co do roku niepewności jest mniej, choć i w tej kwestii niektórzy badacze nie są zgodni. W dalszej części tego narracyjnego dokumentu sporządzonego na modłę francuską, zgodnie z obowiązującym wtedy na terenach Księstwa Warszawskiego Kodeksem Napoleona, dowiemy się, że niemowlę otrzymało imiona Fryderyk Franciszek – to drugie po dziadku od strony ojca. Wzmiankuje się także o osobach biorących udział w czynności, i innych złożonych oświadczeniach. Co do miejsca urodzenia Fryderyka Chopina wątpliwości zatem nie ma.  Ta mazowiecka wieś jest wyjątkowo atrakcyjna dla zagranicznych turystów odwiedzających z niemalże pielgrzymkową nabożnością ziemię rodzinną kompozytora.

Moje własne, pierwsze spotkanie z Chopinem było dość niefortunne i pewnie dlatego zapadło mi w pamięć. Miało miejsce w pewne letnie niedzielne popołudnie w Parku Łazienkowskim. Było duszno, nad pomnikiem przesuwało się coraz więcej ciemnych chmur. Zgromadzona publiczność oczekująca na koncert do końca nie wiedziała co robić – czy szykować parasole, czy liczyć na to, że przejaśni się i koncert się odbędzie. Przez folię dziecięcej spacerówki bardziej słyszałam padający deszcz niż dźwięki fortepianu. Rzeźba artysty pozwala podziwiać potęgę rzeźbiarskiego dłuta, i nawet gdy koncert się nie odbywa, prawa dłoń pianisty uniesiona jest w górę tak, jakby chciała uderzyć w klawisze fortepianu i wydobyć z nich dźwięk.

Gdy w późniejszych latach w Łazienkach Królewskich spacerowałam po parku o różnych porach roku i przy różnej pogodzie, zdarzało mi się spotykać cudzoziemców pytających w odległych miejscach parku i w różnych językach, o dokładną lokalizację pomnika Chopina. Takie spotkania zawsze sprawiają, że pojawia się radość, duma i zaduma nad tym, skąd bierze się ten światowy fenomen Chopina. Zastanawiające jest, co konkretnie powoduje to zauroczenie. Sama muzyka, czy może niezwykłe koleje losu artysty. Podziwiam ogromne skupienie i powagę, które towarzyszą turystom zwiedzającym wystawy związane z jego życiem. Wszelkie pamiątki i przedmioty osobiste artysty: zegarek, książki, przybory do pisania, zapisy nutowe, instrumenty muzyczne, meble, fragmenty listów – dokładnie oglądają, aby żaden szczegół nie umknął ich uwadze. Konfrontują je także z uprzednio zdobytą wiedzą, gdyż takie podróże wymagają od nich wszechstronnego przygotowania. Muszą się przecież tym przeżywaniem nasycić w ograniczonym czasie pobytu na rodzinnej ziemi kompozytora, a takich wrażeń nie zapewni im koncert w streamingu ani żadna wirtualna wizyta muzealna.

Kiedyś podczas zwiedzania Luwru przeżyłam – jak sądzę – namiastkę podobnego uczucia zerkając na obraz Eugène Delacroix „Portret Chopina”. Nasycone kolory, żywe, badające spojrzenie artysty, zamyślenie. Na twarzy pojawiają się już pierwsze oznaki choroby, ale nie są jeszcze tak bardzo widocznymi objawami jak na portrecie Teofila Kwiatkowskiego, gdzie bladość i osłabienie wybijają się dobitnie na pierwszy plan. Ten ostatni portret prezentowany był na wystawie „Życie romantyczne”, którą można było oglądać w ostatnie lato i część jesieni w muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Jej motywem przewodnim były – obok przejawów romantyzmu w dorobku artysty – również przyjacielskie związki, jakie łączyły go z artystycznym Paryżem pierwszej połowy XIX wieku. Wśród nich byli, oprócz wspomnianego wyżej Eugène Delacroix, także Ary Scheffer, autor jednego z najbardziej rozpowszechnionych wizerunków Chopina oraz pisarka George Sand, z którą artysta był przez pewien czas związany. O Chopinie można pisać bez końca. Zadziwiające jest, że tak krótkie intensywne życie, było wypełnione poznawaniem świata najpierw tego najbliższego, rodzimego, potem podróżami, zmianami, inspirującymi znajomościami.


[1] https://brochow-parafia.pl/fryderyk-chopin/