Gazeta Monneta

Muzyka i ja

Hania 2
Numer XVI

Muzyka i ja

Hanna Buśkiewicz-Piskorska

Najwcześniejsze doświadczenia muzyczne zawdzięczam mojemu tacie. Był człowiekiem niezwykle muzykalnym. Przed wojną miał w domu fortepian i harfę oraz prywatnych nauczycieli gry na tych dwóch instrumentach. W PRL-u nie mieliśmy w domu żadnego instrumentu – żyło się wtedy bardzo biednie i w ciasnocie. Ale mój tata radził sobie z tym brakiem – grał na grzebieniu, na źdźble trawy lub napełnionych wodą butelkach, na harmonijce ustnej. Kiedy trafialiśmy do jakiegoś miejsca, gdzie stało pianino, siadał przy klawiaturze, zaczynał grać i tracił zupełnie kontakt z rzeczywistością. Stawałam wtedy obok i również odpływałam w świat dźwięków. Grał głównie jazz, boogie-woogie, rythm and bluesa i rock and rolla; improwizował. Jeden z kuzynów mojej mamy też był bardzo muzykalny i miał w domu pianino. Podczas rodzinnych imprez obydwaj panowie siadali przy klawiaturze i grali na cztery ręce, w ogóle niezainteresowani rozmowami przy stole.

Z muzyką kojarzy mi się także duży radioodbiornik, w drewnianej obudowie, z zielonym oczkiem, który stał u nas w domu. Uwielbiałam słuchać przy nim muzyki – głównie zespołów ludowych „Mazowsze” i „Śląsk”, a także różnych wykonań utworów Fryderyka Chopina. Nie chodziłam do przedszkola. Wychowywała mnie ciocia-babcia, ale raz lub dwa razy w tygodniu uczestniczyłam w zajęciach tanecznych w Ogródku Jordanowskim przy ul. Wawelskiej. Bardzo je lubiłam. Uczyliśmy się tańców ludowych. Ponieważ wykazywałam taneczne predyspozycje, w jakimś momencie skierowano mnie na zajęcia do PKiN, w których uczestniczyłam jeszcze w trzech pierwszych klasach szkoły podstawowej. Tam ćwiczyliśmy balet – miałam baletki, biały strój baletowy, opaskę na włosy. Dwukrotnie nawet wystąpiłam na którejś scenie teatralnej w PKiN. Marzyłam, żeby zostać baletnicą. Słuchałam muzyki klasycznej, głównie Czajkowskiego, ze względu na skomponowane przez niego spektakle baletowe. Chciałam zdawać do szkoły baletowej. Moja mama zrobiła wszystko, żeby tak się nie stało. Zważywszy późniejsze doświadczenia w pracy w szkole baletowej, jestem jej za to bardzo wdzięczna!

Fascynacja baletem narodziła się we mnie dzięki przypadkowi. Rodzice z trudem zdobyli bilety na „Jezioro łabędzie” w wykonaniu moskiewskiego Teatru Bolszoj, z Mają Plisiecką w roli Odetty. Okazało się, że mamie wypadł wyjazd służbowy. Rodzice postanowili, że tata pójdzie ze mną. Zakładali, że wyjdziemy po pierwszym akcie; sądzili, że dłużej nie wytrzymam. Moja obecność – pięcioletniej chyba dziewczynki – w teatrze wieczorem budziła zainteresowanie innych widzów. Jednak „Jezioro łabędzie” zahipnotyzowało mnie. Obejrzeliśmy balet do końca. Do dziś pamiętam tamte emocje, tamten wielki zachwyt. A także – nieżyczliwe spojrzenia pasażerów komunikacji miejskiej podczas naszego późnowieczornego powrotu do domu.

W szkole podstawowej organizowano nam co jakiś czas spotkania z legendarną ciocią Jadzią – Jadwigą Mackiewicz i muzykami z Filharmonii Narodowej. Siedzieliśmy niewygodnie na podłodze, ale opowieści cioci Jadzi o małym Frycku i dźwięki fortepianu zostały na zawsze w moim sercu. Poznawaliśmy twórczość także innych kompozytorów. Demonstrowano nam różne instrumenty muzyczne. Były to ważne dla mnie doświadczenia. W 1970 roku mama zabrała mnie na występy pianistów uczestniczących w eliminacjach do Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego. Słuchałam występów m.in. Garricka Ohlssona, Piotra Palecznego i Janusza Olejniczaka. Wrażenie było ogromne, a miłość do muzyki Chopina nabrała nowych rumieńców! Chodziłam także rodzinnie – najpierw z rodzicami, później z córeczką – na niedzielne koncerty chopinowskie w Łazienkach oraz w Filharmonii Narodowej. Córeczka „załapała się” jeszcze na niedzielne spotkania w Filharmonii Narodowej z ciocią Jadzią. Z Fryderykiem Chopinem kojarzą mi się także jeszcze dwa nazwiska – Martha Argerich i Ivo Pogorelic. Byłam nimi zafascynowana, ale nie pamiętam, czy widziałam i słuchałam ich na żywo, czy za pośrednictwem telewizji.

W tym samym czasie mama zabierała mnie regularnie na wszystkie nowe spektakle operowe i baletowe w Teatrze Wielkim. Nie wszystkie mnie zachwycały, zapewne z powodu niedostatków inscenizacyjnych – amantów grali nagminnie podstarzali i otyli śpiewacy, co bardzo mi wtedy przeszkadzało. Poznałam jednak klasyczny repertuar operowy i baletowy. Najbliżej mi było – być może również ze względów patriotycznych – do Moniuszki, a mazur z „Halki” i mazur ze „Strasznego dworu” do dziś wywołują dreszcz emocji.

Naprawdę silnych doznań estetycznych w gmachu Teatru Wielkiego doświadczyłam w 1975 roku podczas spektaklu „Diabły z Loudun” w reżyserii Kazimierza Dejmka, z muzyką Krzysztofa Pendereckiego, a także podczas swojej pracy w szkole baletowej, kiedy to dostawałam zaproszenia na wszystkie nowe spektakle baletowe, także – zagraniczne. Niezwykłe wrażenie wywarł na mnie zwłaszcza występ czarnoskórych tancerzy Alvina Aileya oraz młodziutkiego zespołu Les Ballets de Monte-Carlo. Poznałam wtedy odmienną od rosyjskiej szkołę tańca, bardziej nowoczesnego i ekspresyjnego.

Koniec podstawówki i liceum – to fascynacja powstającym nieśmiało polskim rockiem, na który używano wtedy określenia big-beat. Moim absolutnym idolem był Czesław Niemen. Dwukrotnie byłam na jego koncertach – w Sali Kongresowej PKiN oraz w kinie Moskwa przy ul. Puławskiej. Szał, amok, kordony Milicji Obywatelskiej, z trudem blokujące nastolatkom w stanie ekstazy dostępu do artysty! Do moich ulubionych należały także duety: Mira Kubasińska – Tadeusz Nalepa, Ada Rusowicz – Wojciech Korda oraz zespół Trzy Korony Krzysztofa Klenczona. Zdarzyło mi się dwukrotnie być na koncertach zespołów zachodnich – Animals i Marmalade, i to było czyste szaleństwo nowych brzmień! Miałam już wtedy adapter. Kupowałam tzw. pocztówki i normalne płyty analogowe. Dostęp do muzyki zachodniej był bardzo ograniczony, ale jednak z roku na rok wzrastał. Uważam, że powolne sączenie się przez żelazną kurtynę muzyki rockowej przyczyniło się do zmian obyczajowych i mentalnych w Polsce, a w konsekwencji – doprowadziło do kruszenia się podstaw „jedynie słusznego” ustroju.

Duże wrażenie wywarły na mnie w latach siedemdziesiątych dwa muzyczne filmy. Niezwykła nowatorska animacja „Żółta łódź podwodna”, z muzyką zespołu The Beatles, którą oglądałam na zamkniętym pokazie u mamy w pracy – w Centrali Wynajmu Filmów i na który to pokaz zostałam przez nią zwolniona z lekcji, oraz musical filmowy Milosa Formana „Hair”, który obejrzałam podczas Konfrontacji Filmowych. Oba te filmy zanurzone były w kulturze hippisowskiej, która wydawała się wtedy nam młodym – czystym rajem.

Tak naprawdę w klasykę światowego rocka i polski jazz wprowadził mnie Jurek. Miał on szczęśliwie kolegę, którego tata był dyplomatą i miał dostęp do zachodnich płyt. Dzięki temu koledze Jurek był osłuchany w muzyce takich wykonawców jak Jimi Hendrix, Janis Joplin, Deep Purple, Led Zeppelin, Pink Floyd. Ich płyty były dla nas wtedy niedostępne, ale Jurek stał się mistrzem łapania na falach średnich Radia Luxemburg. W tej rozgłośni można było posłuchać – przez trzaski i szumy – wyżej wymienionych i mnóstwa innych zachodnich muzyków rockowych. Dzięki Jurkowi trafiłam także do takich miejsc jak Akwarium Jazz Club przy Emilii Plater 49 i klub Stodoła na Polach Mokotowskich. Od tamtej pory bliscy sercu stali się tacy wykonawcy jak Zbigniew Namysłowski, Tomasz Stańko, Andrzej Trzaskowski, Michał Urbaniak i Urszula Dudziak, Andrzej Makowicz.

Uważam, że te dwa gatunki muzyczne – jazz i rock nie tylko przełamywały obowiązującą estetykę, ale także przyniosły ze sobą ożywczy powiew wolności, uświadamiając ludziom, za czym tęsknią, czego im brakuje. Zdejmowały też z nich uwierający pancerz fasadowości i hipokryzji, do którego się już co prawda przyzwyczaili, ale dzięki nowym brzmieniom poczuli jego ciężar i bezsensowność.

Po cudzie transformacji ustrojowej i pojawieniu się płyt CD, Jurek szybko nadrobił czasy płytowej posuchy. Skompletował naprawdę pokaźny zbiór. Zakupił dobry sprzęt nagłaśniający i sprawił, że w domu obcowaliśmy z muzyką codziennie. Głównie wybrzmiewał rock i jazz, ale w święta Jurek układał muzyczny program, składający się z utworów muzyki klasycznej w najlepszym wykonaniu.

W okresie „przeddziadkowym” co roku we wrześniu uczestniczyliśmy w bardzo interesującym festiwalu „Skrzyżowanie Kultur”, organizowanym przez profesor Marię Pomianowską. Impreza odbywała się w dużym namiocie obok PKiN. Można było posłuchać fascynującej muzyki etnicznej ze wszystkich kontynentów. Poznać niezwykłe instrumenty. Kupić znakomite płyty. Występowały najlepsze zespoły, wielokrotnie nagradzane podczas różnych światowych festiwali. Niezwykła uczta dla ucha i także – ducha, bo niekiedy prezentowano repertuar szamański. Wielu wykonawców zachwyciło nas i później uzależniło od swoich płyt. Na przykład zespół Sutari („Kupalnocka”, „Łado”, „Jeleń”, „Konik morski”, „Chłopacy”); zespół Vołosi („Crawler”, „Transylwania”, „Tsavkisi”), wyśmienita wokalistka trynidadzka, „matka calypso” – Calypso-Rose („So Calypso”, „Abatina”, „Leave Me Alone”, „Calypso Blues”, „Far From Home”).

W tym momencie mojego życia muzyka znów pokazała swoją moc! Tym razem – rockowa!

Po wyjściu ze stołecznego szpitala klinicznego, który okazał się miejscem tortur fizycznych i psychicznych dla Jurka, psychicznych – dla mnie, dwa tygodnie przed swoją śmiercią Jurek poprosił, żeby mu puszczać na okrągło pięć tych samych rockowych płyt. Gdy odszedł, zostałam z tymi płytami. Głośna rockowa muzyka towarzyszyła mi stale w domu. W jakimś momencie pojawiło się zaskakujące i bezsensowne pragnienie, żeby wziąć do ręki gitarę elektryczną i zagrać choć jeden akord. Zwierzyłam się z tego pragnienia uczennicy Ray Czarny. To ona zmotywowała mnie do rozpoczęcia nauki gry na gitarze. Po raz pierwszy w życiu – nie licząc cymbałków w dzieciństwie – wzięłam do ręki instrument muzyczny. Pierwszym utworem, który zagrałam, był „Smoke on the Water” Deep Purple, ukochanego zespołu mojego zmarłego męża. Potem – „Perfect Strangers” i „Child in Time”. Kolejno przyszły utwory takich zespołów jak Metallica – „Nothing Else Matters”, „Enter Sandman”, „The Unforgiven”; AC/DC – „Thunderstruck”, „Highway to Hell”, „T.N.T”; Rolling Stones – „Paint It Black”, „I Can’t Get No Satisfaction”; Black Sabbath – „Paranoid”, „Iron Man”… A także Tiny Turner „The Best” – „nasz” utwór. Teraz w związku z preferencjami wnuczka ćwiczę Paganiniego – Kaprys no 5, ale chętniej gram jednak rocka. Wielokrotnie z trudnych nocnych chwil, związanych z żałobą, wyrywało mnie rano Rock Radio, w samochodzie, w drodze do szkoły, i utwory takie jak na przykład „Heartbreaker”- w dynamicznym, dzikim wykonaniu Pat Benatar. Ten utwór jest teraz moim ulubionym – niezwykle energetyczny, pełen złości, ale przywracający siły, by żyć, by się nie poddawać.

Ostatnio z kolei doświadczyłam niezwykłych emocji, ucząc się utworu „Creep” zespołu Radiohead.

Nie umiałabym żyć bez muzyki… Dosłownie!