Gazeta Monneta

Masz zielone? 

image
Numer XVIII

Masz zielone? 

Anna Bukowska  

Masz zielone? 

Mam. 

Grasz w zielone? 

Gram.* 

Runda pierwsza – pociąg 

Jedziesz pociągiem. Możesz siedzieć z komórką w ręku i przewijać proponowane treści, treści dopasowane do Twoich preferencji, oparte na wcześniejszych wyborach. Jakie to wspaniałe…  
Możesz też rozmawiać ze współpasażerami (chyba, że jedziesz w strefie ciszy). 
Możesz spać. Możesz czytać książkę, ale możesz też słuchać audiobooka (o tym w poprzednim numerze Gazety Monneta, warto sięgnąć!).  
Kiedy słuchasz audiobooka, ulubionego podcastu albo muzyki, możesz w tym czasie robić coś jeszcze. Coś, co Cię uspokoi, zrelaksuje, odpręży. Coś, co przyniesie radość i Twoim oczom, i Twojej psyche –  wyjrzyj przez okno. Naciesz oko soczystą zielenią łąk i drzew.   
Nie wiem jak Ty, ale ja najczęściej wybieram miejsce w wagonie bezprzedziałowym, najlepiej przy oknie i zgodnie z kierunkiem jazdy. Zwłaszcza teraz, kiedy wiosna już w pełni pokazuje na co ją stać, podziwiam łąki, pola i lasy. Zieleń mimowolnie przyciąga mój wzrok, staram się też wypatrzeć dzikie zwierzęta – sarny, zające, bażanty, jastrzębie, czaple, bociany. Jazda pociągiem od zawsze kojarzy mi się z przygodą.  

Runda druga – las 

Mam dużo szczęścia, bo moi rodzice od zawsze jeździli ze mną do lasu. Czasami był to oddalony od domu o niewiele ponad 2 kilometry, Lasek Bielański, czasami Puszcza Kampinoska albo Las Sękociński. W wakacje też był „grany” las. Nawet w drodze nad morze szliśmy niemalże pół godziny lasem w jedną stronę. Przy dłuższych wycieczkach szukałam kija, którym wybijałam rytm w trakcie marszu. Lasem mogę iść godzinami. Nie męczy mnie to. Nie nudzi. Wiosną, kiedy z pąków rozwijają się świeże listki, daje się zauważyć ogromną różnorodność, bogactwo odcieni. Niemalże każdy gatunek ma inną zieleń. Z czasem, z każdym tygodniem, upodobniają się do siebie, zlewają w jedną zieloną ścianę drzew, by jesienią… ponownie pokazać swą wyjątkowość, odrębność… 
Podziwiam drzewa i runo leśne, zachwyca mnie jak słońce gra na liściach, pniach, krzakach. Jesienią, do przyjemności związanych z lasem, dochodzą grzyby. To lekcja uważności, koncentracji na tu i teraz. Oddycham wolniej, spokojniej. Czuję spokój. Zapominam o stresie. On nie ma wstępu do lasu.  
 

Runda trzecia – park 

Z parkami też mam dużo szczęścia. Zawsze były blisko. Kiedyś Park Żeromskiego i Skwer Kompani AK „Żniwiarz”, a teraz Pole Mokotowskie i Park Wyględów. Ale tych parków w moim życiu jest dużo, dużo więcej. Parki to tysiące wspomnień – od jazdy na sankach i nartach, zabawy w śnieżki, w chowanego, wielogodzinnych obserwacji dżdżownic i mrówek, szukania pod krzakami pierwszych fiołków. Park to również randki, spacery z przyjaciółmi, przyjaciółkami, bieganie, spacery z wózkiem, jazda na rowerze – i zawsze, przy okazji, a może przede wszystkim, podziwianie przyrody.  

W kwietniu spędziłam kilka godzin, w nieodwiedzanym przeze mnie przez kilka lat, wrocławskim Parku Szczytnickim. Założony w 1783 roku, był jednym z pierwszych urządzonych w stylu angielskim parków w Europie. Na olbrzymim, stuhektarowym terenie wciąż jeszcze rosną kilkusetletnie dęby, klony, cisy, platany, wiązy szypułkowate, ale i tulipanowce czy klony tatarskie. W pierwszej dekadzie XX wieku powstał tutaj Ogród Japoński. Po dziś dzień stanowi on unikatowy na skalę europejską, żywy przykład japońskiej kultury. Rośnie w nim niemalże dwieście gatunków drzew i krzewów, z których olbrzymia większość pochodzi właśnie z Dalekiego Wschodu. Kiedyś Ogród Japoński stanowił integralną część Parku Szczytnickiego. Jednak od jakiegoś czasu ogród został ogrodzony, a wejście do niego jest biletowane. Trzeba wierzyć, że dzięki temu zabiegowi udaje się skutecznie ochronić wyjątkową roślinność ogrodu, a dzieła japońskiej architektury nie są dewastowane przez przypadkowych chuliganów.   
Podczas ostatnich odwiedzin w Parku Szczytnickim miałam rzadką okazję podziwiać z bliska kurki wodne, które z precyzją doświadczonego konstruktora budowały gniazdo. Z kolei kowaliki tylko wlatywały i wylatywały z gniazda, które wypełniał pisk głodnych piskląt. Na niepozornym krzaku, sąsiadującym z XVII-wiecznym drewnianym kościołem Świętego Jana Nepomucena, przycupnął sobie dzięcioł duży.   
To było niesamowite móc obserwować te ptaki, które zbyt zajęte, zdawały się nie zauważać mojej obecności. Ja na szczęście nie byłam zbyt zajęta, choć moje oczy chłonęły przyrodę, uszy wyłapywały śpiewy ptaków, a w nos wykradał się zapach kwitnącego bzu, świeżej trawy i intensywnej woni żółtych kwiatów mahonii pospolitej.     
A może jednak byłam zajęta, zajęta w najlepszy możliwy sposób – grą w zielone…? 

PS Dogrywka – jeśli jeszcze wahasz się, czy grać w zielone, poczytaj o kąpielach leśnych (jap. Shinrin-yoku) i ich zbawiennym wpływie na człowieka albo sprawdź, co to jest zielony szum i dlaczego tak kojąco działa na nasz układ nerwowy.   

*fragm. Wiersza „Zielone” autorstwa Małgorzaty Strzałkowskiej